Sobota

pojechałyśmy z Deedee na babski wypad, najpierw na cmentarz, potem centrum handlowe - trzeba było zrobić ostatnie zakupy ciuchowe na wyjazd Deedee (to już w niedzielę!).
Kiedy dojeżdżałam do portu w Gdyni, przeraziłam się, bo przypomniało mi się, że to właśnie dziś ostatni dzień Openera.
Mówię do Deedee:
- Wyślij do cioci smsa z mojego telefonu: "trzeba być ostatnim kretynem, żeby wybierać się w Openera na cmentarz"

Bo droga na cmentarz prowadzi dokładnie wzdłuż dwóch boków tego lotniska, na którym to wszystko się kłębi.

Na moją empatyczną, przemiłą siostrę zawsze mogę liczyć. Przyszła zaraz odpowiedź:

"MASZ RACJĘ"

:-D

Ale nie było tak źle, tylko z powrotem chwilę trzeba było się powlec. Żeby odreagować, wybrałyśmy galerię Szperk, która bardzo nam się spodobała i weszła do spisu miejsc odwiedzanych przy okazji cmentarza. Deedee obkupiła się w New Yorkerze (uwielbiam lipcowe przeceny!). Tłoku nie było, ciuszki fajne, ja też oczywiście coś tam z wieszaka złapałam dwa razy.

Po powrocie do domu okazało się, że za godzinę przyjadą A i D, z dolarami dla Deedee, więc trzeba było naprędce sklecić kolację.
Dzień długi, acz owocny.