Pół miesiąca!

Pół miesiąca mam w plecy, nie zapisałam, co się działo. Masakra.
Najpierw samochody.
Po przygodzie z samochodem m w BP nastąpiła kolejna, z moim. Następny weekend mieliśmy spędzić na dożynkach (pałac Poledno, polecam, piękne miejsce, a jedzenie bossskie). Nie chciałam znowu brać całego piątku wolnego, więc pół dnia spędziłam w pracy i pojechałam pociągiem do Laskowic. Samochód zostawiłam w firmie, bo nie chciałam, żeby całą noc stał pod dworcem... Bo bezpieczniej na pracowym parkingu. Tja.
W sobotę wróciłam pociągiem, poszłam do pracy, zabrałam samochód. W poniedziałek rano w pracy przyszedł do mnie kolega z taką miną, że już wiedziałam, że coś się stało. No, wziął i wjechał mi w kufer, jak odjeżdżał do domu. Jego rzęch nawet nie ma śladu. Ja nic nie zauważyłam, bo ślad niewielki, ale szkoda duża, trzy elementy do zrobienia. Noszzzfak.
To jedna sprawa.
Druga - w zeszłym tygodniu szykowałam się do następnego wyjazdowego weekendu, a jednocześnie dałam sobie termin do piątku, żeby zamówić fotoksiążkę z podróży do Skandynawii. Bo wiedziałam, że jak się teraz nie zmuszę, to nigdy tego nie zrobię. No i tak dziubałam te zdjęcia, każde oczywiście na wagę złota; po dwóch dniach ze wstępnego półtora pierdyliarda zdjęć po wyrzuceniu nieudanych został tylko pierdyliard. Razem wyszło 90 stron! No trudno, ale pamiątka będzie fajna. Tym bardziej, że jeszcze pamiętałam nazwy miejsc, albo było mi łatwo je znaleźć na mapie. I tak to w piątek o 15 udało mi się ją zamówić. Przy okazji przeżyłam to wszystko jeszcze raz. WZDECH.
A potem wyruszyłam na rodzinny weekend w Borach. Ja, moja siostra oraz brat (obecny tylko duchem, bo nie zdążył biedny wrócić z morza) oraz nasze dzieci i wnuki. Plus kuzyn z Białorusi z żoną i córką. Razem 18 człowieków. I trzy psy.
Pogoda dopisała o tyle, że nie było mrozu ani opadów, nawet słonko świeciło. Nie było za to grzybów, na które tak się strasznie nastawialiśmy. Ale za to były pogaduchy, tańce i hulanki - w piątek prawie do rana, w sobotę straszliwie to odchorowałam, a potem znowu do późnego wieczora gadaliśmy. Na sobotnią obiadokolację zamówiliśmy pieczonego prosiaka z kaszą i kapustą. W piątek zrobili nam grilla - ale był dobry!
Kuzyn zachwycony, mówi, że do końca życia będzie pamiętał. Ale przede wszystkim nawiązał kontakt ze wszystkimi z rodziny, a przyda się, bo już niedługo przeprowadzą się do Polski na stałe. I będą blisko nas, prawdopodobnie w Gdańsku. Super.
Dzieci się zaprzyjaźniły, najbardziej Deedee z Maszą, ale reszta też się zintegrowała. Cudownie było obserwować, jak takie niedawno jeszcze pyrtki małe, a teraz siedzą przy stole nad szklaneczką sprite'a i płynną angielszczyzną dyskutują o życiu :D Wiek - 13, 14, 17, 17.
Za to dookoła stołu krążyły następne małe pyrtki, tym razem już wnuki...

Dobra, skończyłam wczoraj trzeci sezon Mostu nad Sundem (jeszcze się nim przejadę, nie odpuszcze!)
I co tu dalej? Jakiś serial ze Skandynawią proszę podrzucić.

A oglądając dziubię chustę strzałkę. Trochę się wczoraj zdenerwowałam, bo wydawało mi się, że coś poszło nie tak i będzie za mała. Ale chyba nie. Druty to nie moja bajka.

A tu prosię prosię:

dora 09.10.2018, 16:47

Kcem lofoty a nie tego biedaczka pieczonego. Och,to hipokryzja,bo jadam mieso. Kłoci sie to we mnie bardzo.

Most nad Sundem ogladnełam w całosci, uwielbiam.

batumi 03.10.2018, 07:39

No, ten akurat miał oczka wydłubane :) Ale ja też wolę np. kaszankę czy boczuś z grilla

pnekajet.blogspot.com.pl 02.10.2018, 22:20

Zjazdy rodzinne to cudowna sprawa. Człowiek zaczyna rozumieć, że świat jest szerszy niż drzwi do własnego mieszkania...

takajedna_ja 02.10.2018, 09:36

no ja bym już takiego prosiaka nie ruszyła. Za bardzo przypomina zwierzątko. Co innego bezosobowa szynka a co innego jedzenie, które ma oczy...