Ja nie zrobię?!

Jestem z siebie potwornie dumna.
Ale po kolei.
Zwolnienie lekarskie wykorzystałam do cna - tzn. ten wolny czas. Co prawda, piżamę zmieniałam na strój dzienny gdzieś koło 14tej (a co, kto zabroni bogatemu?), ale było i tak jednego dnia, że zlitowałam się nad córeczką, powiozłam ją do szkoły na 7.30, wróciłam, zamknęłam bramy, koło 11.00 zlitowałam się nad syneczkiem, pojechałam po niego 3 wioski dalej, bo wracał na piechotę - dziura w pekaesach - wróciłam, zamknęłam bramy, po 15.00 przypomniałam sobie, że dzisiaj środa, trzeba odebrać córeczkę z chóru, przy okazji teściowa pojechała ze mną wymienić książki w bibliotece, kupić siódmą patelnię w Biedronce, wróciłam i już nie zamykałam bram, żeby nie zapeszyć.
Zwolnienie lekarskie, koń by się uśmiał.
Ale były też i dni, kiedy wywlekłam sobie na przykład z pięterka ogromny karton, a w nim wzory haftów, ale okazało się, że nie tylko. Sporo kanwy do krzyżyków, materiały na serwety i serwetki, stare Burdy i Dorki (zna ktoś Dorkę?). Stosy wzorów na hafty Richelieu (też kiedyś namiętnie uprawiałam), kaszubskie i inne (nie przepadam). A na samym dnie niespodzianka - teczka poniemiecka, podpisana po rosyjsku, a w niej prace plastyczne moich rodziców z czasów licealnych. Mama miała wtedy 17-18 lat, tata 19-20. Chodzili do tego samego liceum pedagogicznego w Sulechowie. Więcej jest prac taty, bo to jego mama (babcia Stefania) tak wszystko skrupulatnie gromadziła i przechowywała (jestem jej nieodrodną wnuczką, do tego podobną jak dwie krople wody). Moje dzieci oglądały ze mną te prace do wieczora, podziwiając dokładność i szczegóły (podpisy pisane technicznym pismem, kto, która klasa, temat pracy, "kurs niższy a" - cokolwiek to znaczy; ramka rysowana 1 cm od brzegu kartki...)
I jeszcze wśród tych rysunków największa niespodzianka - jedyna rzecz, jaka pozostała po Józku - bracie mojego taty. Na dwóch kartkach narysował widok rodzinnego gospodarstwa w Tuhanowiczach (tak, TYCH). Narysował to w 1941 roku, ołówkiem, w zabawnej perspektywie. Po wojnie trafił do więzienia za AK, a po wyjściu umarł, wycieńczony i pobity przez "władze".
Są to dwie połówki kartki A4, muszę teraz ładnie je oprawić i powiesić, tylko czy ktoś wie, czy mi ten ołówek nie wyblaknie czy coś, kiedy będzie wystawiony na światło? Proszę o wskazówki, jeśli ktoś się zna.
Ale nie o tym w sumie miało być, tylko o tym, że jestem z siebie dumna.
Bo od dawna marzyłam, żeby się nauczyć robić ażurowe chusty na drutach. O, takie:
Szale już opanowałam, najgorsze ażury zrobię, byle to był prostokąt. Ale ażur rozszerzający się w półkole to już jazda bez trzymanki. No i trafiłam na wzór w jednej gazetce, gdzie była taka pięęękna chusta. Włóczkę mam - dwa kolory moheru, zgniłożółty i zgniłozielony. Oczywiście znowu na pierwszą lekcję wybrałam sobie najtrudniejszy wzór, jaki można było znaleźć. Taka karma. Zaczęłam w czwartek wieczorem sama, poległam. W piątek jechałam do siostry posiedzieć z mamą. Siostra wróciła, zasiadłyśmy razem, rozgryzałyśmy to cholerstwo na cztery druty i cztery ręce, razem i osobno. Gdyby nie zajadłość mojej siostry, która żadnemu sudoku nie przepuści i ma zacięcie matematyczne, w życiu byśmy tego nie zrobiły. Pod wieczór miałam wrażenie, że zaczynam łapać, o co chodzi, szybko wsiadłam w samochód, do domu i zasiadłam próbować. W końcu się udało. Jak zwykle okazało się, że kiedy już wiesz, o co chodzi, to faktycznie wzór i opis są słuszne, inaczej byś tego nie opisała, gdybyś chciała komuś wytłumaczyć. Ale najpierw trzeba wiedzieć, o co kaman. Zrobiłam potężną próbkę na grubych niciach, żeby się upewnić, że mnie już nic nie zaskoczy w tej chuście, a w sobotę rozpoczęłam właściwą robótkę. W niedzielę rano poprułam i zaczęłam od nowa, bo nie mogłam załapać, w którym momencie skończyłam. A dzisiaj mam już właściwie 1/3 zrobioną i wygląda świetnie. No, teraz, to będę trzepać te chusty namiętnie. Przy okazji ogłoszenie - każdą ilość włóczki przyjmę ;-)
No właśnie, jakiś czas temu prosiłam o stare tshirty, zero reakcji, co jest, koleżanki i koledzy? 
Poza tym jeszcze sobie zaplanowałam zabudowę garderoby, żeby zrobić sobie swój kącik robótkowy, wywołałam 200 zdjęć z 2014 roku, zrobiłam kilkanaście osłonek na doniczki dla mojej siostrzenicy na nowe mieszkanie, w szpitalu walnęłam bieżniczek ananasowy (ordynator w czasie obchodu: "Lubi pani koronki robić, co?"
No.
2 stycznia kupiłam za pięć stów kartę graficzną, a 19 stycznia skończyliśmy z m grać w Sherlocka. Niezła inwestycja. Tym bardziej, że za chwilę otrzymaliśmy rachunek za prąd - prawie tysiąc złotych, a potem podskoczył frank. Nie ma rady, trzeba prosić o podwyżkę.
A'propos pracy - z nieukrywaną radością wróciłam w poniedziałek za swoje biureczko, jednak naprawdę lubię tę pracę. I nie miejcie złudzeń - stwierdzenie, ile to ja bym zrobiła, gdybym była cały dzień w domu, to WIELKA ŚCIEMA!

PS: Zapomniałabym - jeszcze przed przygodą z chustą sprawdziłam, czy umiałabym robić na drutach serwety i okazało się, że przy drugiej próbie poszło. Najgorzej jest z kilkoma pierwszymi rzędami, kiedy to trzeba zacząć od 8 oczek, podzielonych po 2 oczka na każdym drucie i przerabiać tak, żeby czasem któryś drut nie wyleciał z robótki, bo wtedy pozostaje się pochlastać i zacząć od nowa.
Ale dałam radę, więc jak w tytule - JA NIE ZROBIĘ?!

fusilla 28.01.2015, 20:35

DORA!
No właśnie! Nie lubię a poza tym, nie mam w ogóle firanek!

ola 25.01.2015, 00:09

wyblaknie czy coś. czyli np zżółknie. takich rzeczy się nie wiesza na światło dzienne. zrób kopię i powieś kopię. wiadomo, że to nie to samo, ale jak zrobisz dobrą kopie (skan, fotografię) i wydrukujesz na dobrze dobranym papierze to możesz osiągnąć efekt bliski oryginałowi. ale za żadne skarby świata nie oprawiaj tego i nie wieszaj. stare dokumenty trzyma się w ciemności, w bezkwasowych opakowaniach. zdjęć to dotyczy tak samo.

dora 24.01.2015, 22:52

Fusillo,jeśli mogę się wtrącić, obszyj /naszyj koronkę na poszewki od poduszek, czy koncówki firanek,zazdrostek,bardzo ładnie to wygląda i zrobi się romantycznie. Chyba, że nie lubisz takich ozdób :)

fusilla 24.01.2015, 13:58

A może mnie na staż przyjmiesz, co? Jak się ociepli! Bo też na takie chusty choruję od dawna, ale matematycznie cep jestem! ;-)))))
A nie potrzebujesz koronki, bo mam dwa balociki i żadnego pomysłu na nią. Ecri, bawełniana!

zgaga 21.01.2015, 23:29

I znów mnie zawstydziłaś...

mp 21.01.2015, 16:20

Robienie chust to straszny nałóg... Wiem z własnego doświadczenia :) Moją pierwszą ażurową była Gail, do dziś mam sentyment do tego wzoru i jest moim ulubionym w dzierganiu, ale pierwszy raz to był jakiś dramat, więc dobrze rozumiem opisy Twoich zmagań z wzorem.Czekam na zdjęcie Twojego dzieła :)

zmorka 21.01.2015, 15:50

no ta na fotce jest piękna !
i tak ja znam Dorę wlaśnie napisała komentarz
moje dziecko nosi dużo koszulek ale są takie sprane nie fajne więc się nie wychylałam
mam nadzieję że pokażesz swoje dzieło ;-)

dora 21.01.2015, 11:53

JESTEŚ WIELKA!:)
Koszulek starych nie mam, mężowski zużywa w pracy,to nie wspomogę,ale zawsze możesz na ciuchach w dniu wyprzedaży towaru za złotówkę kupić:)

Takie chusty ładnie wyglądają, ale po pierwsze nie noszę ,bo do czego i kiedy?
A zeby okutać szyje to wole inne:) Ale podziwiam wzorki i kunszt wykonawczy oraz cierpliwość szydełkowiczek.