Hebe, Floryda, Pasażer, zimno

To po kolei. Kto chce obejrzeć Projekt Floryda, niech opuści pierwszy ustęp poniższego tekstu, chociaż staram się nie zdradzić za dużo.

"Projekt Floryda" - całkiem, całkiem, z tym, że nie było jakiegoś tam ŁAŁ. Raczej zaczyna się dziwnie, zwłaszcza dla widza przyzwyczajonego do normalnej fabuły, gdzie na początek jest uderzenie, potem wątek ciągnięty w górę aż do kulminacji i wreszcie finał - zaskakujący, wzruszający lub pokrzepiający.
Otóż tu nie. Na początku miałam wrażenie, że oglądam film dokumentalny, ot, wakacje, Floryda, gorąco, dzieciaki nudzące się w skwarze. Nawet trochę przydługo, jak na mój gust. Motel - ohyda, brud, smród i ubóstwo. I taki to właśnie film - o smrodzie i ubóstwie tuż pod nosem kolorowego, drogiego Disneylandu. Którego zresztą ani grama nie widać nawet w oddali, wiemy tylko, że tam jest.
Dziewczynka grająca główną rolę - genialna i na pewno jeszcze ją zobaczymy. JAK ona dała radę unieść sama ten finał??? Nie mam pojęcia, pewnie reżyser wypruł z siebie flaki dla niej.
Willem Dafoe - cudowny, wspaniały i jeszcze kilka synonimów proszę sobie dopisać. Gdyby go nie było, to film nie miałby sensu.
Cały film przesiedziałam coraz bardziej zdjęta grozą, że zaraz stanie się coś strasznego. Ale nie, raczej nazwałbym to równią pochyłą - cały czas coraz gorzej i gorzej, a w tym wszystkim te dzieci, bawiące się jak wszystkie inne na świecie - wśród baloników, wśród narkotyków i broni lub wśród bomb. 
Nie udało mi się polubić mamy głównej bohaterki, chociaż bardzo starałam się ją zrozumieć. Ale to chyba też komplement dla aktorki :-)
Na zakończenie się poryczałam, nie wiem, dlaczego.
Ok, wystarczy.

Przed filmem spotkałam się z Deedee w drogerii Hebe i oczywiście puściłam niezłą kasę, nie wytrzymałam. Kupiłam korektor, podkład, cienie z Gosha, mojej ulubionej od zawsze firmy, bo nigdy się nie zawiodłam, cokolwiek używałam. Przy kasie zabolało, ale tyle mi nawrzucali gratisów, że trochę złagodziło :-)

Sobota upłynęła na przygotowaniu niedzielnego obiadu kolędowego oraz skończyłam chustę dla A i nawet wyszło słońce, żebym mogła zrobić zdjęcia


W samą porę, bo to już w ten weekend! Już się cieszę na samą myśl, jak jej dam ten prezent.

W niedzielę chcieliśmy pojechać na WOŚP, więc żeby nie czekać z kolacją na księdza, zaprosiliśmy go na obiad - po świątecznych wyczynach taki obiadek na 10 osób to pestka. Nawet z przyjemnością go robiłam, wszystko wyszło pysznie, ku pamięci tu sobie zapiszę:
zupa z pieczonej dyni z płatkami migdałów
gulasz wp-woł
ziemniaki i kasza gryczana
sałatka brokułowo kalafiorowa z thermomixa
sernik rosa z thermomixa - Deedee zrobiła
i cappuccino z thermomixa oczywiście ;-)

Obiad bardzo smakował, a proboszcz przyprowadził ze sobą tym razem swojego gościa - księdza z innej parafii, w typie "zażywny jegomość". I nagle okazało się, że niepotrzebnie martwiłam się doborem tematów do obiadu, bo nasz proboszcz nie doszedł w ogóle do słowa (bo na ogół jest małomówny), my też niewiele, bo nasz gość okazał się niezłym gadułą. Obiad nieźle się przeciągnął, aż widziałam pewne oznaki histerii w twarzach proboszcza, ministrantów i tego pana, co tam z nimi chodzi - kościelny??? czy jakoś tak. 
Gość rozpoczął od omówienia z m jego eksponatów marynistycznych, a potem gładko przeszedł do nieco trącących myszką dowcipów, które nie bardzo by się spodobały dzisiejszym feministkom, np. niejaka odwodnik miałaby niezłe używanie...
Ale ogólnie był spoko, zagadał z każdym, pochwalił obiad, na koniec obdarował nas zaproszeniami na bal charytatywny na koniec karnawału, w bonusie dostaliśmy okazję do zawiezienia na tenże bal naszego proboszcza i odstawienia go z powrotem. Bingo! Zawsze marzyłam, żeby rozpocząć taki bal w pierwszej parze poloneza, jak mi obiecał nasz nowo poznany Zagłoba... Nic to, Deedee jeszcze co nieco tam pamięta z poloneza na balu gimnazjalnym, poćwiczy ze mną.

BUTY! Pamiętaj - kupić buty, bo te są nagle za duże.

A, muszę jeszcze wspomnieć o naszej Feli, która na kolędę zareagowała nieco nieoczekiwanie - na widok dużej grupy ludzi wesoło śpiewających do zapalonych na stole świeczek oszalała i zaczęła atakować firany, przedtem obwąchała płaszcz księdza - kto zacz i czy posiada psa czy kota.
:-D

Po południu ruszyliśmy na WOŚP do Gdańska. Było tak przeraźliwie zimno, że po drodze do sceny zdążyliśmy stworzyć projekt petycji o przeniesienie finału Orkiestry na jakiś możliwy do życia miesiąc, na przykład czerwiec.
Zrobiłam parę zdjęć, zanim palce mi odpadły, wrzuciłam pieniążka i kurcgalopkiem pognaliśmy do kawiarni przy kinie, gdzie spotkaliśmy się z A i D. 

Potem było kino i "Pasażer", którego po dłuższym namyśle raczej jednak nie polecam. Na początku strasznie zagmatwane, potem zbyt wydumane, a kto lubi takie filmy, zawsze może obejrzeć sobie trylogię "Uprowadzona" z Liamem, czyli pierwowzór ;-)
Spokojnie można poczekać, aż Canal+ to puści. A pieniądze na bilety przeznaczyć na fajne kosmetyki, o.

frotka 16.01.2018, 20:34

kredka do oczu gosh! CU! DO!