Dotarliśmy więc do dwatysiąceczternastego

A raczej dopełzliśmy. Wróciliśmy z imprezy wczoraj po południu, tak sczochrani, że nie chciało nam się już nawet odezwać. Jak wczołgałam się do swojego łóżeczka o 22.15, to z radości całowałam poduszkę. Dzisiaj nadal jesteśmy oboje nie teges - wychodząc do pracy zauważyłam laptopa m stojącego grzecznie w przedpokoju (ale musiał się zjeżyć, jak dojechał do pracy), ja za to w samochodzie spojrzałam w lusterko i zobaczyłam, że się nie uczesałam, a w pracy spojrzałam na buty i zobaczyłam na nich rozewskie błotko... Zakwasy od tańców i morderczego spacerku wokół Rozewia mam wszędzie - nawet na plecach.

Ale impreza była przednia, chyba najlepszy Sylwester w moim życiu.

Zdjęć mamy mnóstwo, filmy są też, ale nie bardzo mam ochotę je oglądać ;-) Ale o tym później.

Najpierw zaległości, czyli 23 grudnia. Zabrałam mamę do nas do domu, bo była w bardzo złym stanie fizycznym i psychicznym. Powiedziałam sobie "dość tego" i pojechałam, spakowałam, nawet dobrowolnie się ubrała i zeszła do samochodu. Ale w połowie drogi dostała takiego ataku histerii, że osiwiałam i ledwo dojechałam. Musiałam zatrzymać się pod dworcem w Gdańsku i odsapnąć, a ona w tym czasie spazmowała w samochodzie i krzyczała "zabij mnie, wyrzuć z samochodu". Potem właściwie straciła przytomność i do domu trzeba ją było już wnieść.
To był jeden z najgorszych dni w moim życiu.
Prawdopodobnie był to wynik bardzo wysokiego cukru, chociaż jej nie mierzyłam, bo byłam tak roztrzęsiona i niepewna, czy doczekamy rana. Ale wygląda na to, że od dawna już nie jadła normalnych posiłków, lekarstwa brała jak jej się chciało, a żywiła się głównie cukierkami, bo jej zasychało w ustach (i koło cukrzycowe się zamyka). Nasze wizyty co 2 - 3 dni nie dawały zbyt wiele, tyle, że coś zjadła. Teraz, po 10 dniach u nas, jest w dość dobrym stanie, chociaż zdarza się, że nie może wstać z kanapy lub łóżka, bo kolana odmawiają posłuszeństwa. Staramy się znaleźć jej coś do roboty, żeby się nie zasiedziała i nie zanudziła - albo obrać warzywa do zupy, albo zrobić kisielek na deser. Obkładam ją gazetkami, krzyżówkami, telewizor gada cały dzień.  Filmów prawie nie oglądam, bo rzadko jest do obejrzenia coś, co zainteresuje mnie, a nie będzie straszyło mamy. Nie jest marudna ani wymagająca, ale na pewno potrzebuje spokoju, co przy pięciu osobach i dwóch kotach nie jest łatwe. Teściowa jest hałaśliwa i chaotyczna, m nerwowy, właściwie tylko koty zdają egzamin, bo śpią całymi dniami, a Kera upodobała sobie do spania fotel, który postawiliśmy dla mamy w salonie oraz nadal w nocy lubi pójść spać do mamy pokoju. Ja straciłam dostęp wieczorny do komputera, ale i chęć do gier fejsbukowych dość szybko we mnie umarła. Głównie spędzam czas na planowaniu wszystkich posiłków, żeby były urozmaicone i nadawały się do jedzenia również dla mamy, bo wiadomo, że musi być łatwe do pogryzienia i przełknięcia. No i sprzątam ciągle, żeby nie dopuścić do chaosu, który by nas wszystkich wykończył. Dopiero teraz widzę, jak bardzo niektóre miejsca w naszym domu nie nadają się do życia dla starszej osoby. W jej pokoju nie ma żadnej szafy ani szafki, żeby ułożyć bądź powiesić ubrania, bo są tam tylko regały z książkami. W weekend opróżnię chociaż jedną półkę, żeby poukładać sweterki i pieluchomajtki. W łazience (ciasnej, więc nie bardzo jest jak się w dwie osoby obrócić) jest prysznic, z brodzikiem wysokim po kolana. Jak w końcu ją nakłonię do kąpieli ("nie trzeba, w domu się wykąpię"), to nie wiem, czy uda mi się ją stamtąd wyciągnąć.

Na szczęście udało się pojechać na imprezę Sylwestrową bez wyrzutów (cudzych i własnego sumienia) - siostra przyjechała i posiedziała u nas do 20.30, a my ruszyliśmy do Rozewia.
Po drodze zgarnęliśmy B., który dojechał Polskim Busem do gdańska, chory i zły. Po drodze trochę pogadaliśmy, poprawił się nastrój, a potem już było tylko coraz lepiej.
B w końcu zdecydował się przebrać, więc zaczęliśmy na szybkiego kombinować strój. Ja miałam czerwony szlafroczek i perukę, ktoś miał kabaretki, ktoś czerwoną podwiązkę, B miał swoje stare dżinsy, w których urżnęliśmy nogawki tak, że kieszenie wystawały :-) Umalowałam go i pognaliśmy na górę do pozostałych imprezowiczów. Trzeba przyznać, że wszyscy dopisali, strojem, humorami i potrzebą tańca. Wszyscy dojechali, chociaż było wiele przeszkód.
Mina pani, która przyszła nas skasować za pobyt i spotkała B - bezcenna.
"Przekomarzankom" nie było końca (ja do B w tańcu "spadaj zdziro!", on do mnie "zamknij się dziwko" - wreszcie mogliśmy sobie poużywać :-)))

Na drugi dzień udało nam się wyczołgać na morderczy spacer wokół Rozewia (morderczy, bo dojście do plaży i powrót z niej to milion śliskich schodów - zakwasy mam wszędzie), ale taka była idea wyjazdu - pobawić się, ale i obejść to wszystko. My i K z W wróciliśmy do domu pierwszego, a reszta została jeszcze do następnego dnia, wieczorem obejrzeli zdjęcia i filmy z imprezy.
Nie wiem, może uda mi się znaleźć chociaż jedno zdjęcie nadające się do opublikowania, ale chyba będzie ciężko...

Jeżeli ktoś jest ciekaw, co u mnie w sferze rodzinnej, a konkretnie w stosunkach ja - m - Dexter, to nie pozostaje mi nic innego, jak odesłać do wpisów 117 i 118 szanownej Anonimki - nic dodać, nic ująć, dzięki kochana, bo już mnie ręce bolą od pisania ;-)


Postanowienie noworoczne - PRZETRWAĆ

dora 04.01.2014, 16:28

Jakoś czułam,że sylwestrowa impreza uda się na 100%
Na Nowy Rok zycze Ci wielu udanych i wesołych spotkań i imprez.Jeszcze trwa karmawał:))
Po za tym wszelkiego powodzenia:)

No i jeszcze zeby stan Mamy był dobry,bo z tego co opisałaś nie brzmi to dobrze niestety.
Trzymaj się!



zgaga 03.01.2014, 23:02

Piękny Sylwester!...